Wstęp

Będac w Jenie, Hegel pisze w swoim osobistym dzienniku: „Czytanie rano gazety jest rodzajem porannej modlitwy”. Rozumiał on przez to sposób zajęcia stanowiska w świecie nie na podstawie boskich pewników, ale w zależności od tego jakim faktycznie jawił się świat. Od dziesięciu czy dwunastu lat to przede wszystkim zalew wydarzeń relacjonowanych przez prasę zmusza nas do zmiany używanych przez nas pojęć i naszej mentalnej mapy świata.

Prezydent Putin bezczelnie kreśli na nowo granice państw, wysyła do zachodniej Europy trucicieli i rosyjskich cyber-żołnierzy, Erdoğan – jego turecki odpowiednik – z wydatną pomocą okrętów wojennych oraz posuwając się do szantażu uchodźcami nic sobie nie robi z zewnętrznej granicy grecko-europejskiej. „Silny człowiek” Chin – Xi Jinping – za pomocą inwestycji i szczepionek prowadzi politykę dziel i rządź, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych – za Joe Bidena nie mniej niż za Trumpa – rozpowszechnia się opowieść o nowej Zimnej Wojnie. „Historia wróciła” deklaruje od 2014 roku przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk. Tymczasem wydarzenia, których byliśmy świadkami od tamtego czasu tylko przyspieszyły.

W obliczu nowej i starej polityki siły, europejscy przywódcy szukają na nią odpowiedzi. Od czasu swojej przemowy w Sorbonie prezydent Macron wzywa do „europejskiej suwerenności”, kanclerz Angela Merkel chce „żebyśmy wzięli swój los we własne ręce”, podczas gdy przewodnicząca Ursula Von der Leyen pragnie kierować „Komisją geopolityczną”, a Josep Borrell, unijny szef spraw zagranicznych twierdzi, że powinna się ona nauczyć „języka siły”. Wszyscy uważają, że Europa powinna stać się „aktorem”, aby nie stać się „zabawką” supermocarstw.

Podejście geopolityczne powinno wykraczać poza retoryczne odezwy i być bardziej radykalne: wymaga zerwania z pewnymi pojęciami. Należy dokonać zmiany etosu, mentalności oraz posiadanego obrazu świata. Aby stać się geopolitycznym aktorem, Europa musi porzucić uniwersalistyczne i ponadczasowe podejście, w którym znalazła schronienie po 1945 roku, zarówno w obszarze wartości jak i ekonomii. Musi uznać skończoność czasu i przestrzeni, ponownie nauczyć się języka władzy i krótko mówiąc, rozpocząć prawdziwą przemianę – bolesną, ale wyzwolicielską.

Siła, terytorium, opowieść

Spróbujmy stworzyć pierwszy szkic definicji – co należy rozumieć pod pojęciem geopolityki? Dlaczego to podejście miałoby być bardziej radykalne niż można początkowo sądzić? Zwrócę uwagę na trzy kluczowe pojęcia: siłę, terytorium, opowieść.

Geopolityka jest przede wszystkim polityką siły. Zamiast polegać na prawie czy rynku aktorzy używają raczej siły, żeby osiągnąć swoje cele. Pod jaką postacią, odwołując się do jakich środków i w jaki sposób się ona wyraża? Wszystko zależy od sytuacji. Jako, że siła jest względna, dany aktor zwiększa swoją o tyle, o ile osłabia siłę swojego przeciwnika lub podważa sojusz rywala.

Podejście geopolityczne powinno wykraczać poza retoryczne odezwy i być bardziej radykalne: wymaga zerwania z pewnymi pojęciami.

Luuk Van Middelaar

Drugie kluczowe pojęcie to terytorium. Geopolityka jest czymś więcej niż polityką siły, ponieważ uwzględnia geografię. Chodzi o przewagi lub strategiczne słabe punkty danego kraju w stosunku do oceanów i kontynentów, rzek, gór i pustyń. Podejście to wymaga stworzenia obrazu samego siebie w przestrzeni i chęci wyznaczenia granic danego terytorium oraz strategicznego testowania terenu wobec innych aktorów.

Po trzecie: opowieść. Przedrostek „geo” stawia politykę siły twarzą w twarz z ograniczoną przestrzenią, której nie można zrozumieć abstrahując od poczucia solidarności jej mieszkańców. Czy chodzi o niepewną przyszłość opartą na wspólnych doświadczeniach i interesach, czy o prawdziwą wspólnotę zgromadzoną wokół wartości, norm i zwyczajów, geopolityczni aktorzy są silniejsi, kiedy mówią w imieniu zbiorowości. Mają więc interes w utrzymaniu, kształtowaniu i promowaniu wspólnej pamięci – historii, która traktuje o pewnym „my”1.

Oczywiście możliwe jest rozgrywanie siły, terytorium i opowieści na wielu różnych płaszczyznach, ale ten, kto pomija jedno z tych trzech pojęć gra na zupełnie innej planszy. Każdy poważny gracz geopolityczny działa na podstawie woli, wykazuje się świadomością przestrzeni i opowiada historię, która spaja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość danej wspólnoty. Taki jest nasz punkt wyjścia.

Pandemia i przetasowania na mapie

Skoro pandemia wstrząsnęła naszą mentalną mapą świata, dobrze byłoby na samym początku uświadomić sobie, że podważyła ona ekonomiczne podstawy brukselskiej doktryny: ideę otwartych rynków, na których występuje uczciwa konkurencja, gdzie krzywe podaży i popytu przecinają się na całym świecie. Stąd wynika trudność, jakiej doświadczyła Komisja Europejska, żeby zrozumieć na przykład, że zakaz eksportu – środek uznawany za tabu w czasach pokoju – musi stać się częścią naszego wyposażenia w trakcie kryzysu: krok, który w sprawie szczepionek został ostatecznie uczyniony przez zespół Ursuli Von der Leyen. Należy sobie uświadomić, że w trakcie pandemii prawa wojennej ekonomii przeważają nad prawami ekonomii rynkowej.

W medyczno-politycznym zawirowaniu wiosny 2020 cztery idee – jednakowo odkrywcze jak dezorientujące – docierają do europejskiej opinii publicznej przesyconej medialnym przekazem.

Pierwsza: w trakcie tej katastrofy Europa nie jest dla świata ani kołem ratunkowym, ani Czerwonym Krzyżem, ale wywołującą współczucie ofiarą.

Druga: w walce z pandemią, wielkie amerykański sojusznik, stojący od 1945 roku w pierwszym szeregu we wszystkich międzynarodowych kryzysach, jest nieobecny, a nawet tak samo bezbronny jak Europa.

Trzecia: to dalekie i nieuchwytne Chiny, niezrozumiane i niedoceniane przez większość z nas, dostarzają tony sprzętu medycznego.

Czwarta: na domiar wszystkiego, europejska opinia publiczna uczy się w biegu, że linia dzieląca pomoc w nagłych przypadkach i politykę siły jest bardzo cienka; że dobroczyńca może też stawiać wymagania.

Ta seria doświadczeń zmienia świadomość geograficzną i historyczną Europy. Pandemia wymusza na niej postkolonialne spojrzenie na Chińską Republikę Ludową, postatlantyckie spojrzenie na na Stany Zjednoczone oraz zredefiniowanie swojej pozycji oraz tożsamości kontynentalnej.

Jeśli chodzi o Chiny pandemia uwypukliła trzy fundamentalne cechy tego kraju jako strategicznego aktora, trzy atuty, które zasługują na to, żeby dobrze je zrozumieć.

Po pierwsze: myślenie w długim horyzoncie czasowym. Chińska kultura polityczna, która wywodzi się z wielkiej cywilizacji oraz od wielkiego ludu, zakłada myślenie raczej w kategoriach okresów, dekad i wieków niż w latach i cyklach wyborczych. Xi Jinping nie traci nigdy z oczu roku 2049, stulecia powstania Chińskiej Republiki Ludowej, kiedy to kraj ma stać się wiodącą ekonomiczną, technologiczną i naukową potęgą.

Po drugie: centralizm, który pozwala przywódcom przekazywać opinii publicznej jeden komunikat, zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Xi jest przede wszystkim sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Chin, która jest potężniejsza niż państwo.

Po trzecie: całościowe spojrzenie. W chińskim procesie decyzyjnym wymiar polityczny, ekonomiczny i bezpieczeństwa uznaje się za oczywistą całość. W planie zewnętrznym, Nowy Jedwabny Szlak tak samo jak dyplomacja maseczkowa i szczepionkowa jest jednocześnie szerszą strategią oraz inicjatywą tworzenia sieci, połączeniem myślenia handlowego i geopolitycznego, operacji taktycznych oraz improwizacji.

Zasadniczo Chiny „kopiują” XX-wieczną strategię Ameryki, tylko w XXI wieku. Pax Sinica. Ostatecznie Stany Zjednoczone również łączyły i łączą w widoczny i jednoznaczny sposób ekonomię, bezpieczeństwo, handel, oddziaływanie kulturalne i geopolitykę w jedną wielką strategię. Europa z kolei rozdrabnia swoje wybory na różne obszary polityki, w podejściu sektorowym rozproszonym pomiędzy różnymi aktorami, co osłabia jej adekwatne działania jako geostrategicznego aktora.

W momencie kiedy rywalizujące Chiny ukażą się jako cywilizacja i superpotęga, jaką historię, jaki obraz siebie i jaką siłę Europa będzie w stanie im przeciwstawić? Czy będzie w stanie się im przeciwstawić?

Ta seria doświadczeń zmienia świadomość geograficzną i historyczną Europy. Pandemia wymusza na niej postkolonialne spojrzenie na Chińską Republikę Ludową, postatlantyckie spojrzenie na na Stany Zjednoczone oraz zredefiniowanie swojej pozycji oraz tożsamości kontynentalnej.

Luuk Van Middelaar

Te kwestie dotyczące Chin rodzą również pytania odnośnie związku Europy ze Stanami Zjednoczonymi, które ich długie kontakty czynią trudnymi do zdefiniowania. Złe zarządzanie kryzysem covidowym przez Stany (pamiętamy, że prezydent Trump posunął się aż do zalecania używania płynu do dezynfekcji Javel, aby chronić się przed chorobą) i ewidentny brak pomocy sojusznikom nie uległy zapomnieniu. Oczywiście, nowy prezydent Biden wyciąga do nas rękę od początku roku, ale amerykańska nieobecność w tych okolicznościach podważyła aspiracje USA do moralnej wyjątkowości oraz światowego przywództwa. Poczucie osamotnienia, które z tego wynika dla Europejczyków zaburza nasz stosunek do czasu i przestrzeni, tak samo jak odkrycie chińskiego giganta.

Czas i przestrzeń

Należy wyjaśnić co rozumiemy pod pojęciem czasu i przestrzeni.

Zacznijmy od przestrzeni. W tym obszarze można wyróżnić dwa przeciwstawne pojęcia, przedstawione przez Michela de Certeau w Wynaleźć codzienność: przestrzeń i miejsce. Miejsce to przystań, zapewnia nam ochronę, stabilność, przynależność, jak dom, gdzie ludzie czują się u siebie. Przestrzeń tymczasem otwiera się na możliwości, na ruch, jest kwestią kierunku, prędkości, czasu. Oczywiście potrzebujemy ich obu. Przestrzeni, gdzie będziemy latać i gniazda gdzie możemy wylądować. Unia położyła na początku akcent wyłącznie na otwartą przestrzeń: usuwanie granic dla towarów, kapitału, pracowników, podróżujących; tworzenie możliwości, szansa dla tych, którzy handlują i przemieszczają się.

Oczywiście, od dwunastu lat kryzysy finansowe i geopolityczne zmusiły Unię do przyjęcia nowej roli: zajmuje się teraz również ochroną, tak więc stała się miejscem. W tym zakresie, referedum brytyjskie odegrało ważną rolę. Nie można zbyć machnięciem ręki zwycięstwa Leave jako prostej angielskiej specyfiki; ten wynik tłumaczy w rzeczywistości oczekiwania i rozczarowania bliskie opinii publicznej na kontynencie. Komunikat: Europa działa dla nomadów – młodych absolwentów, świata biznesu, ale dużo mniej dla osób osiadłych, takich, które mało się przeprowadzają i są przywiązane do swojego terytorium, zależnych od swojego państwa opiekuńczego2. Inaczej mówiąc – poprzez brytyjskie referendum Europa „możliwości i kontynentalnej przestrzeni” przegrała z Europą „zagrożenia i narodowego miejsca”.

Dla Unii to przejście od samej przestrzeni do wyrażania przestrzeni oraz miejsca – od liberalizacji do ochrony – wpływa na liczne dziedziny polityki publicznej, natomiast jeśli chodzi o wymiar międzynarodowy, należy powiedzieć, że geopolityka jedynie zaczyna się tam, gdzie ulega zachwianiu uniwersalny (czy światowy) obraz samego siebie, zmieniający się w kierunku określonej lokalizacji geograficznej.

Podział na miejsce/przestrzeń u Michela de Certeau odpowiada pojęciom Ort/Raum u Heideggera, który z kolei używa podziału Arystotelesa między toposem a chorosem. Topos to konkretne miejsce, które ma sens, podczas gdy choros jest bardziej abstrakcyjną (chociaż nie opustoszałą) przestrzenią. U Homera choros jest miejscem „wolnym od zmarłych”, więc można powiedzieć, że brak tam przeszłości i historii. Taki sam podział odnajdujemy między abstrakcyjną przestrzenią (chorosem) a konkretnym miejscem (toposem). W tym sensie geopolityka wzywa do „zwrotu topologicznego”.

To samo dotyczy również wymiaru czasowego! Musimy przejść od abstrakcyjnego czasu do czasu konkretnego! Tu również dwa greckie pojęcia mogą nam pomóc. Z jednej strony czas jako chronos: czas abstrakcyjny, czas zegarowy, ten związany ze słowami kronika [po fr. „chronique” – przyp. tłumacza], „chronometria” czy „chronologia”. Z drugiej, czas jako kairos: odpowiedni moment, który ma sens. Arystoteles uważa chronos za czas z porządku następczego, kairos jako czas nadarzającej się okazji. Inne pojęcia zasługują na to by je skonfrontować z abstrakcyjnym czasem chronosu, np. aïon lub epoka, etap, era.

Uzbrojeni w te pojęcia związane z czasem, przenieśmy spojrzenie na naszego bohatera: można powiedzieć, że tak jak powojenna Europa sytuowała sama siebie poza Geografią aż do momentu, kiedy świat zewnętrzny pojawił się na jej Granicy, tak kontynent sytuował się poza Czasem aż do momentu kiedy Wydarzenia przyspieszyły. To dlatego, poza koniecznością dokonania „zwrotu topologicznego” – od przestrzeni uniwersalnej do przestrzeni usytuowanej konkretnie, Unia musi również dokonać „zwrotu historycznego”: od czasu abstrakcyjnego do czasu konkretnego, nosiciela sensu.

Musimy przejść od abstrakcyjnego czasu do czasu konkretnego!

Luuk Van Middelaar

Podążając za etymologicznym związkiem ustalonym przez Hannah Arendt pomiędzy „inter-esse”(być pomiędzy rzeczami) i „interesem”3, można by powiedzieć, że zdolność do definiowania naszych interesów (punkt wyjścia każdego podejścia geopolitycznego) zaczyna się dopiero w momencie ustalenia tego, między czym się znajdujemy. Wyraża się to oczywiście w dwóch wymiarach: z jednej strony między jakimi miejscami, wewnątrz jakich granic, z drugiej – między jaką przeszłością i jaką przyszłością. Inaczej mówiąc: tak długo jak Europa negowała, czy nawet odrzucała wpisanie siebie w czas i przestrzeń, tak długo nie była w stanie bronić się, poznać się, a nawet żyć jako ciało polityczne. Wszystko pozostaje abstrakcyjne, zapośredniczone, dalekie. Dotykamy tutaj fundamentalnej kwestii, podnoszonej przez wszystkich tych, którzy widzieli w dawnej Wspólnocie (a nawet w dzisiejszej Unii) podmiot, który jest beztroski, bez przynależności, fantomowy.

Należy powiedzieć, że studia europejskie niewiele jej pomogły w zakorzenieniu się, wręcz przeciwnie. Uniwersyteckie badania wpisały się w logikę ponadczasowości – to właśnie sugerują dwa kluczowe pojęcia oznaczające ruch całości: „konstrukcja europejska” budzi skojarzenia z placem budowy, który jest poza Historią, gdzie wszystko jeszcze trzeba zrobić, a każdy przynosi własną cegłę, podczas gdy „integracja europejska” przywodzi na myśl proces quasi-chemiczny, który kończy się całkowitą fuzją.

Kiedy próbujemy wspólnie zacumować w konkretnej przestrzeni i w konkretnym czasie tę unoszącą się całość napotykamy – by tak rzec – na strategiczną pustkę: frazesy, życzliwość, uniwersalizm. Tam właśnie kryje się cała niewidoczna trudność naszej relacji ze Stanami Zjednoczonymi: nie opiera się ona jedynie na – mniej lub bardziej podzielanych – demokratycznych wartościach, ale także na geostrategicznych i ekonomicznych interesach, które stają się coraz bardziej rozbieżne. Niemożność ich zdefiniowania, czy nawet samego mówienia o nich, oznacza zdanie się na łaskę silniejszego. Sytuację dodatkowo utrudnia fakt, że po obu stronach Atlantyku nie dzielimy już wspólnego toposu, ani nie żyjemy w tej samej epoce.

Po Pax Americana

W Quand l’Europe improvise uznaję doświadczenie politycznej kruchości za „moment makiaweliczny”, zwrot, który zapożyczyłem od J.G.A Pococka. W swoim dziele o tym tytule historyk ten umiejscawia powstanie współczesnej myśli politycznej (u Machiavellego i niektórych jego współczesnych) w uznaniu skończoności polis, które było jednocześnie polityczną emancypacją, jak i teologicznym uwolnieniem pewnej eschatologii.

Oczywiście, dla Unii Europejskej ten moment krystalizuje się po dekadzie niebezpieczeństw, od burzy związanej z euro przez kryzys migracyjny, na Brexicie kończąc. Za każdym razem podjęto działania aby zapobiec bezpośredniemu niebezpieczeństwu. Powolna przemiana, stopniowe powstawanie wspólnej siły; jednak słowa nadejdą dopiero po wyborze Trumpa. Zdanie wypowiedziane przez Merkel w 2017 – „wziąć swój los we własne ręce”, jest czystą deklaracją makiaweliczną w rozumieniu Pococka.

Nie trzeba powtarzać jak bardzo cztery lata prezydentury Trumpa wzmocniły tę świadomość. To, co jest istotne dzisiaj to rezultat. W kategoriach logiki narracyjnej Donald Trump złamał „narracyjny urok” NATO, który trwał od siedemdziesięciu lat. Skoro schemat się nie zmienił trudno ponownie uwierzyć – tak jak można było w przeszłości – że to, czego chcą lub co robią Stany Zjednoczone jest na pewno dobre dla nas.

Jeśli żyjemy w czasach po Pax Americana, żyjemy również w czasach po końcu Historii. Oczywiście nie jest to jakieś sensacyjne odkrycie, ale tutaj również jesteśmy spóźnieni z podjęciem odpowiednich działań. Chiny Xi Jinpinga podważają opowieść Fukuyamy, tej, która przygotowywała się od 1945, którą opowiadaliśmy sobie od 1989 i do której jesteśmy nadal przywiązani pomimo nowej asertywności Pekinu.

W Stanach Zjednoczonych zwrot polegający na uświadomieniu sobie tej sytuacji wydarzył się około 2016-2017 roku, kiedy Xi ujawnił z całą szczerością swoje ambicje technologiczne i geopolityczne (oraz – od tamtego czasu – klimatyczne). Waszyngtonowi chodzi o detronizację, o zagrożenie związane ze swoim pierwszeństwem w światowej polityce. W Europie również wzbudza to niepokój, jednak brakuje w nim wymiaru polityczno-psychologicznego. Czy nie zostaliśmy już zdetronizowani w 1918?

Z europejskiego punktu widzenia, to my powinniśmy nadać nazwę temu nowemu okresowi historycznemu. Nie jesteśmy w sytuacji powrotu walki między demokracją i autokracją, jak to twierdził Joe Biden w Monachium. Nie. Wkraczamy prawdopodobnie w „The Age of Encounter” – wyrażenie to pożyczam z ważnego dzieła Hansa Kribbe’a, The Strongmen – epokę spotkań z innymi wielkimi potęgami, innymi cywilizacjami, która wzywa do myślenia w sposób pluralistyczny.

Tragiczne decyzje do podjęcia

W ostatnich latach byliśmy świadkami geopolitycznego (chociaż oczywiście niechętnego) przebudzenia Europy. Trudne spotkania z innymi aktorami ją do tego zmusiły. Podczas gdy przez 75 lat Europa zaprzeczała temu co polityczne chroniąc się przed Historią i uznając, że dotarła do swojego Końca. Teraz interpretujemy ten okres jako przerwę, spokojne interludium.

W gruncie rzeczy taka geopolityczna ambicja wymaga strategicznej zdolności do wyznaczania priorytetów, wspartej wolą występowania i działania jako Europa oraz czasem domagania się konkretnej przestrzeni. W pewnych momentach, na przykład w trakcie kryzysu migracyjnego w latach 2015-2016, Unia wykazała się taką globalną zdolnością strategiczną, ale zawsze miało to miejsce w sytuacji ostrego kryzysu, kiedy jej przetrwanie było zagrożone. W sytuacji nadzwyczajnej improwizowanie nie jest powodem do wstydu, jednak – jak wiadomo – rządzić to przewidywać; pod tym względem improwizacja to poziom zero rządzenia. Oczywiście jest ono lepsze niż brak działania, ale jest to zaledwie pierwszy krok na drodze do poważnych geopolitycznych działań.

Przy wszystkich instytucjonalnych innowacjach i dostosowaniach, jakie można sobie wyobrazić zawsze chodzi ostatecznie o to by mieć możliwość wydania politycznej oceny, która będzie słuchana. Nalegam na to wyrażenie. Europa stoi przed tragicznymi wyborami – bezpieczeństwo i dobrobyt nie są już czymś oczywistym. Skończoność przestrzeni i czasu oznacza, że nie wszystko może zawsze być zrobione w tym samym czasie. Przejście od chorosu do toposu (w przestrzeni) i od chronosu do kaïrosu (w czasie) wymaga tego, co Arystoteles nazywa phronesis – mądrości i zdolności do osądu. Ta kategoria myślenia i działania odróżnia się od technè, „efektywnego działania” wiedzy praktycznej, rdzeń tego słowa odnajdziemy w technologii i technokracji. Podczas gdy brukselski aparat decyzyjny został zaprojektowany do tworzenia technicznego i regulacyjnego konsensusu, trzeba, aby podjął się wyzwań współczesnych czasów, przeszedł od wiedzy praktycznej do phronesis.

Dla opinii publicznej współczesne tragiczne wybory polityczne są akceptowalne jedynie – warunek sine qua non w ramach naszych demokracji – jeśli wpisują się w wiarygodną opowieść dlaczego: w narrację, która umieści współczesne walki i wybory w ramach dłuższej perspektywy czasowej oraz podstawowych wartości.

Albo – żeby inaczej ująć tę kwestię – Europa bardziej geopolityczna wymaga oczywiście szeregu praktycznych środków, inwestycji, energii dyplomatycznej. Jednakże, aby uciec ze strategicznego imadła w jakim trzymają nas Stany Zjednoczone – szczególnie z powodu dolara i naszej bliskości wobec Rosji – trzeba nam równolegle narracyjnej emancypacji.

Opowieść i władza

W trakcie państwowej wizyty w Atenach w listopadzie 2019, Xi Jingping poparł z całego serca swoich greckich gospodarzy w ich żądaniach zwrotu Fryzu Partenońskiego od Brytyjczyków. W 1801 roku Lord Elgin przywłaszczył sobie marmurowy fragment Akropolu, dzisiaj przechowywany w Muzeum Brytyjskim. Podsycenie tej kłótni zyskało Xi sympatię Grecji, przyczółku Jedwabnego Szlaku. Pozwala to również Chinom pozować na pogromcę zachodnich zbrodni kolonialnych – dyskurs, dzięki któremu wyrabiają sobie one dobrą opinię w Afryce, Azji i Ameryce Południowej. W dzienniku I Kathimerini, Xi podkreślił podobieństwa między dwoma krajami jako „starożytnymi cywilizacjami” pod hasłem „Wy macie Sokratesa, my mamy Konfucjusza”

Europie, która ma problem z tym, żeby zdefiniować swoją rolę w świecie, inni aktorzy przystawiają lustro: to oni proponują opowieść zapraszając nas, żebyśmy do niej weszli. W Waszyngtonie rozwijana jest narracja o nowej zimnej wojnie, za Joe Bidena z takim samym zaangażowaniem jak za Donalda Trumpa. Dla porównania, podejście Pekinu do Europy wyraźnie z nim kontrastuje: kiedy Xi Jinping mówi o relacjach ze Stanami Zjednoczonymi zawsze są to relacje między dwoma wielkimi potęgami, natomiast w odniesieniu do Europy podkreśla on więź między „wielkimi cywilizacjami” (ze specjalnym miejscem dla Grecji). Trzecia wielka potęga – Rosja – trzeci obraz, który wysyłany jest Europie: w trakcie szczytu z przywódcami Unii, krótko przed pogorszeniem relacji w związku z Ukrainą, Władimir Putin wskazywał na wspólne chrześcijańskie dziedzictwo4. Inne wskazówki świadczą o tym, że Kreml uważa się znowu za „Trzeci Rzym”, dziedzica rzymskich papieży i bizantyjskich cesarzy.

Jeśli chodzi o demokrację, o cywilizację albo dziedzictwo religijne, aktorzy i zewnętrzni obserwatorzy na naszym kontynencie uważają, że cała Europa ma własną historyczną i kulturową tożsamość, żyzną glebę pod opowieść. To czego jednak brakuje, to chęć lub możliwość naszych krajów, aby nadać jej polityczną formę.

Jeśli chodzi o demokrację, o cywilizację albo dziedzictwo religijne, aktorzy i zewnętrzni obserwatorzy na naszym kontynencie uważają, że cała Europa ma własną historyczną i kulturową tożsamość, żyzną glebę pod opowieść. To czego jednak brakuje, to chęć lub możliwość naszych krajów, aby nadać jej polityczną formę.

Luuk Van Middelaar

Opowieść i władza są ze sobą nierozłącznie związane. Przede wszystkim opowieści nie obracają się jedynie wokół prawdy i kłamstwa: skrywają swoją własną twórczą i performatywną moc. Mogą stać się prawdziwe.

Należy dobrze wybrać swojego bohatera. Młoda Unia Europejska (w przeciwieństwie do europejskiej cywilizacji) nie jest w stanie zrealizować tego celu i dobrze poprowadzić naszej fabuły. Na początku tej analizy utrzymywałem, że brukselska doktryna zapomniała, a nawet ogłosiła tematem tabu, trzy podstawowe pojęcia geopolityczne: siłę, terytorium, opowieść. Sprecyzujmy kwestie związane z opowieścią. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć, że nie została ona stworzona, ale, że ta, która się przyjęła, interesowała się jedynie samą integracją, jej wielkimi postaciami (Monnet, Schuman, Spaak), jej regresów i przełomów (kryzys pustego krzesła, Jednolity akt europejski), jej postępem z traktatu na traktat, z rozszerzenia na rozszerzenie. Dawna przeszłość stała się strachem na wróble, zawierając jednak kilka prekursorskich postaci (od Karola Wielkiego do Erazma czy Victora Hugo)5. W ten sposób w brukselskich broszurach i materiałach edukacyjnych można przeczytać, że Europa „narodziła się” 9 maja 1950, zrozumiała potrzeba historycznej cezury po wojnach światowych doprowadziła do wymazania przeszłości. Europa, ze spojrzeniem zwróconym ku przyszłości, oczyszczona ze swoich grzechów, stała się „projektem” i oczekiwaniem. W tym samym czasie rolę jej rzecznika przekazano prawnikom, ekonomistom, technikom i ideologom. Cóż za brak wyobraźni!

Kiedy główny bohater zostanie już wybrany, opowieść wymaga również, żeby umieścić ją w czasie i przestrzeni.

Jeśli Ameryka stanie się potęgą pacyficzną, przyszłością Europy będzie stać się potęgą euroazjatycką. Zamiast wschodniej części ładu atlantyckiego, Europa obejmie w przyszłości zachodnie krańce Eurazji, największy lądowy obszar naszej planety, na końcu którego znajduje się chiński gigant ekonomiczny.

Trzeba więc będzie, żebyśmy dokonali reorientacji, w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu, ponownie zwracając się w stronę Wschodu. Wielka zmiana! Oczywiście, na abstrakcyjnej mapie (chorosu) nic albo prawie nic się nie zmieniło6, ale proszę dostrzec do jakiego stopnia nasz topos jest inny, jak bardzo nowe jest nasze miejsce na ziemii! Tymczasem ledwo zaczęliśmy refleksję na ten temat. Jest to wielkie zadanie na najbliższe lata.

To samo dotyczy opowieści dotyczącej naszego miejsca w czasie. Ją również należy odpowiednio dostosować. Obraz siebie w czasie jaki posiada Unia charakteryzuje się kilkoma słabymi punktami, w szczególności złudnym założeniem, o którym była już mowa: Unia nie jest bramą prowadzącą do Końca Historii, reszta świata nie podąża w stronę multilateralizmu.

Analizy dotyczące Powrotu Historii przypominają czasem lamentowanie, jednak geopolityka zaczyna się wtedy, kiedy ciało polityczne odczuwa, decyduje: chodzi o Powrót do Historii. Wchodzimy do niej, realizujemy nasze cele (potęgę), oznaczamy naszą przestrzeń (terytorium) i sprawiamy, że odbija się echem to co tworzy z nas wspólnotę (opowieść).

Negowanie tego, powstrzymywanie się od działania to ryzykowanie momentu kaïros upokorzenia. Podobnie jak Chiny w 1860 roku podczas grabieży w Pałacu Letnim. Podobnie jak nasze kraje, które wszystkie doznały przynajmniej jednej takiej grabieży w przeszłości – wydarzenia, których powtórzenia chcielibyśmy uniknąć. Nowość, którą opinia publiczna dostrzega coraz lepiej polega na tym, że wielkie wydarzenia zaczynają nas dotyczyć w sposób konkretny, jako Europejczyków, włączając w to Europę jako całość. Tak więc dzięki integracji europejskiej dzielimy od trzech pokoleń czas technicznego zegara, ten chronosu, ale zegar historyczny, ten naszego kaïrosu, słychać coraz głośniej.

Zakończenie

Mogliśmy zobaczyć dlaczego geopolityka, zbyt często redukowana do podstawowych pojęć siły i terytorium, bez uwzględnienia trzeciego pojęcia – „opowieści”, jest ślepa i pozbawiona steru. Dzięki opowieści – tej starożytnej i mistrzowskiej formie, która pozwala powiązać przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – żyjemy w czasie, który ma sens.

W geopolityce, najbardziej wyszukana narracja przybiera postać „wielkiej strategii”, która opisuje cele i środki państwa. Parafrazując słynne zdanie Marksa można by powiedzieć, że wielka strategia pozwala nie tylko lepiej interpretować świat, ale jest też narzędziem pozwalającym go zmieniać7. To zadanie nie spoczywa wyłącznie na akademikach i zespołach ekspertów, powinno być ono równocześnie – a nawet przede wszystkim – wykonane oraz urzeczywistnione na najwyższym szczeblu politycznym.

Język polityki oraz siły jest bardzo naturalny dla takiego kraju jak Francja, jednak podejście takie może być obce dla opinii publicznej oraz rządów innych państw. Kwestia ta domaga się zatem przetłumaczenia, zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni. Na szczęście w naszej Europie, kontynencie pisarzy i tłumaczy, tę przeszkodę można pokonać! Bez słów i ich tłumaczy, niemożliwe jest zbudowanie sfery publicznej, w ramach której będzie można opowiedzieć historię. Przekazać ją i jej wysłuchać. Tylko dzięki przestrzeni publicznej, jak mówi nam Hannah Arendt, możemy połączyć te małe opowieści, które opowiadamy sobie nawzajem, w jedną, większą opowieść, tę o Historii. W przeciwnym razie znikną one w czasie.

Podczas gdy klasyczna amerykańska Historia jest w gruncie rzeczy „grą moralności”: right przeciw might, rosyjska: ciągłym might przeciw might, chińska: dobrze ułożoną harmonią, a europejska wpaja nam tragiczne znaczenie tego czym jest często polityka: right przeciw right – pokój przeciw sprawiedliwości, równość przeciw wolności, bezpieczeństwo przeciw demokracji. My, Europejczycy, nie gramy po to, żeby wygrać, ale żeby jak najmniej przegrać8.

To i tak dużo. Dwadzieścia pięć wieków dzieli budowę Partenonu w Atenach i przyjęcie Prawa Dwunastu Tablic w Republice Rzymskiej od naszej otwartej epoki. Jest w tym dla nas – Francuzów, Holendrów, Niemców, Włochów i innych Europejczyków – materiał, z którego można stworzyć przestrzeń dla wyobraźni i stworzyć opowieść, która pozwoli nam iść naprzód z pewnością, na naszym krańcu Eurazji, pomiędzy naszymi przyjaciółmi, sąsiadami, rywalami, w wielkim teatrze Historii.

 Save as PDF
Przypisy
  1. Cf. esej na temat źródeł Drugiej Wojny Światowej, opublikowany przez Władimira Putina w 2020 roku.
  2. Według słów Prezesa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Koena Lenaertsa. Zobacz: Luuk van Middelaar, Przejście do Europy. Historia pewnego początku, Wydawnictwo Aletheia 2011, rozdział 8.
  3. Hannah Arendt, Kondycja Ludzka, Wydawnictwo Aletheia 2010 [1958].
  4. Herman Van Rompuy, L’Europe dans la tempête : leçons et défis, Racine, Bruxelles, 2014, p. 125-126.
  5. Cf. Mark Gilbert, Narrating the Process: Questioning the Progressive Story of European Integration, “Journal of Common Market Studies”, 2008, n° 3, p. 641–662.
  6. Ten zakręt, w który wszedł kontynent został podkreślony przez odejście Brytyjczyków (2020), historycznie gwarantujących więź pomiędzy Europą a Atlantykiem,  z Londynem jako bramą w stronę Waszyngtonu i Nowego Jorku.
  7. Karol Marks, Tezy o Feuerbachu. Analogia pożyczona od Sébastien Lumet, Elie Pérot i Clémence Pèlegrin : https://legrandcontinent.eu/fr/2020/09/18/une-union-toujours-plus-geopolitique/
  8. Cf. Quand l’Europe improvise, p. 139-140.